czwartek, 14 lipca 2016

Pojedźmy na słowacki wyścig, będzie fajnie ...!

Nie wiem gdzie, kiedy i jak dowiedziałam się o kolejnym wyścigu rozgrywanym na słowacji- Tour de Presov, a że dużo słyszy się o dobrej organizacji taki imprez przez naszych sąsiadów to postanowiliśmy poświęcić kolejne 8 godzin jazdy w aucie na 3 godziny jazdy na rowerze. Czysty zysk i frajda.

Ze strony organizatora dowiadzieć się można, że za 6 ''ojro'' wpisowego mamy pakiecik, koszulkę, bufet na trasie i mecie, obstawę wyścigu, nagrody za premię, podium i inne sprawy. Brzmi świenie tylko szkoda, że tak nie było. Ale od początku.
Jest 6 rano w niedzielę, a my już siedzimy w aucie obładowanym sprzętem, niczym cygański orszak, wcale nie jesteśmy zmęczeni po Tatra Road Race ale jak się bawić to się bawić. Kierujemy się na Poprad, a stamtąd na Preszów, dziesięciokrotnie gubimy trasę, zawracamy się, a dla większego przypału łapie nas policja. Mandacik 150E, smutnymi oczkami mówimy że nie mamy pieniędzy, no dobra no to dajcie tylko dyszkę i was puszczam. Szok ! Nie wiem, nie pytam, nie rozumiem, to jest Słowacja, tu wszystko jest inne i dziwne. Na miejsce dojeżdżamy grubo opóźnieni, za 30 minut start, a jeśli nas oczy nie mylą to kolejna po pakiet ma z 30 metrów.... he he he....


Na start dojeżdżamy ostatni, jak prawdziwe kulturalne gwiazdy wciskamy się gdzieś w przód zawodników. Już na drugim kilometrze, jadę tylko na jednym bidonie, w drugim wybuchła mi pokrywka i elegancko cały izotonik spływa mi po czyściutkiej ramie. Im dalej tym gorzej, auto zabezpieczające wyścig myli trasę i wjeżdża na jakąś remotówkę, co powoduje że kilka jak nie dziesiąt osób wpada w porozkładane znaczniki i koparkę w tym prawie ja. Super, każdemu się zdarza pomylić trasę. Pierwsze 30 kilometrów jest płasko, jedziemy jak szybcy i wściekli, ale moja sielanka nie trwa długo, strzelam z głównego peletonu i spływam do kolejnego. Tępo szybkie ale nie takie w trupa, każdy każdemu pomaga, ale zawsze musi znaleźć się jakoś oszołom, co będzie naciągał całą grupę żeby potem strzelić na pierwszej lepszej hopce...

Po godzinie jazdy zaczynają się pierwsze górki, wszyscy zaczęli naparzać do przodu jak by jechali po premię lub roczny zapas piwa, ja natomiast kulturalnie spłynęłam na tył i kręciłam swoim tempem. Tym sposobem, po jakimś czasie łapie większość bohaterów z mojej grupki gdy ich łapie bomba. Takie życie, taki los.

Nawierzchnia trasy to nie jest szczyt marzeń dla nikogo i niczego, jeżeli ktokolwiek podjeżdżał pod Lanckoronę to tamtejsze drogi do luksus w porównaniu do tego po czym jechaliśmy. Moje koła płakały, mój tyłek płakał i czuł się jak na antycellulitowej platformie wibracyjnej dla leniwych dbających o ''formę'' pań. Dziura na dziurze, tysiące razy łatany asfalt, boczny silny wiatr i perspektywa podjazdu, to nie brzmi fajnie, a w praktyce jest sto razy gorzej.

Wtedy jeszcze było fajnie
Jako, że trasa wytyczona jest przez miejscowe wioski, to robimy za atrakcję dla mieszkańców, do tej pory śmiałam się z żartów o tym, że gdy wjedziesz rowerem do cygańskiego miasteczka to wyjedziesz bez. Jednak gdy na podjeździe przed koło wychodzi grupka ciemnoskórych młodzieńców i podejrzliwie patrzą na sprzęt to naprawdę chęć powrotu z tym z czym wyjechałeś daje dużo siły.

Nie dziwi mnie także fakt, że bufetu który miał być na 60km nie było, może ktoś ukradł...

Skończyły się górki, znowu tworzy się peleton i tak jedziemy do mety, jednak opcja premium siedzenia na kole nie była zarezerwowana dla mnie tego dnia. 20 kilometrów przed końcem, łapię flaka, a po zmianie dętki łapię kolejnego flaka. Na tej drodze można się było tego spodziewać. No cóż, czekam pośrodku pustego pola na wybawienie, żaden kolarz nie jest na tyle miły by zwolnić i pomóc, dopiero auto jakieś ekipy zbiera mnie z trasy.

Na miejscu dowiaduje się, że jestem nieoficjalnie druga w kobietach, ale rzeczywistość jest brutalniejsza bo obok mojego nazwiska widnieją trzy literki które nie cieszą nikogo DNF.

PRO ekipa
Chociaż Tomek z Tomkiem zajęli trzecie miejsca w swojej kategorii, a oprócz uścisku szefowej dostają na pocieszenie czapeczkę z daszkiem... O takie nagrody warto walczyć...

Wracamy nielegalnie autostradę jak się potem dowiadujemy i z różnymi odczuciami do tego dnia, a szczęście się nas trzyma jak powietrze w moich kołach.


Porównując organizację do Jarnej to cienko... cieniutko.






środa, 6 lipca 2016

Magia mglistych poranków

Lubisz wstawać wcześnie rano ? Nie ? Ja też nie przepadam, na szczęście wystarczy powstrzymać swe myśli lub nogi przed zawróceniem pod kołdrę i szybko zacząć się ogarniać.
U mnie wygląda to tak, że budząc się mam przed oczami swój motywacyjny plakacik z jeszcze bardziej motywującym hasełko-skrótem CUD ... Tłumacząc na ludzki Czas Unieść Dupę.



Ominę całą encyklopedie porannych czynności i przejdę do sedna.

Jest 5.00 rano wsiadasz na rower i przejeżdżasz przez miasto widmo, nikogo, niczego i nigdzie, no może jakiś pies czy jeden bus się napatoczy. Drogi puste, żadna ciężarówka nie chce cię przejechać ahhhh.... co za przyjemność. Pomimo przeszywającego porannego chłodku, który powoduje, że uszy stają się czerwone niczym strój Katushy jedziesz i podziwiasz widok przed sobą, wszystko otoczone mgłą, nie wiem jak reszta populacji z pampersem ale ja kocham taki klimacik.



Im wyżej jedziesz, tym lepiej się czujesz, a z ust wydobywa się okrzyk '' O łaaał".
Warto się pomęczyć nawet jeżeli w pewnym momencie mgła przesłania widok do tego stopnia, że jedyny widok przed tobą to koło lub licznik. Zmęczenie jest inne, satysfakcja i to ostre, orzeźwiające górskie powietrze. Niektórzy dopiero budzą się do korpo życia, a Ty stoisz przepełniony endorfinami i podziwiasz otaczającą cię przyrodę... Carpe Diem kurde !! Jesteś swoim bohaterem, czujesz się jak Szymonbike i cieszysz się chwilą.

Jest ósma, Ty już po treningu i czujesz, że kolejny raz wygrałeś z diabełkiem lenistwa siedzącym Ci na ramieniu.



Jak się zdemotywować do porannego treningu ? 
Tylko tutaj ekstra super porady utrudniające życie !

UNO: Sprawdzanie roweru zostaw na rano, ewentualna wymiana dętki tylko umili Ci czas
DOS: Jakiekolwiek jedzonko czy bidony również przygotuj rano, przy czym potknij się o kota w kuchni i obudź całą rodzinę równo ze wschodem słońca
TREEES: Nie kładź licznika czy innym sram-graminów przy rowerze, każdy uwielbia bawić się przecież w chowanego ze sprzętem
KŁATRO: Zostaw ciuchy w pralce, załóż mokre, będą bardiej przylegać co zwiększy aerodynamikę. 





niedziela, 28 lutego 2016

3 powody dlaczego ten rok będzie inny niż poprzedni



      

Tytuł banalny, oczywiście to jest normalne, że co roku coś się dzieje, transfery, nowe wyścigi i trasy... Dużo by wymieniać. Mimo wszystkiego znajdzie się kilka powodów czemu ten rok będzie bardziej wyjątkowy niż sezon 2015.


1.KwiatkowSky w Sky.

Transfer, o którym było chyba najgłośniej.
Wszyscy dobrze pamiętamy te lepsze jak i gorsze momenty Michała w tamtym sezonie, bardzo dobrze pojechane Volta ao Algarve oraz Paryż-Nicea (II miejsce) i zwycięstwo w Amstel Gold Race. Mocna wiosna, słabsze lato - wycofanie się z Tour de France oraz Tour de Pologne po heroicznej walce i uciecze z Paterskim. Kwiato dawał z siebie na pewno więcej niż wszytskie nasze 110% do kupy wzięte, dlatego przyznam, że na prawdę przykro czytało się komentarze typu "Niby mistrz, a taki słaby", "Nie nadaje sie'', ''Hańba'' no i perełka z perełek  "Już ja bym lepiej pojechał". Widziałam na własne oczy większosć TdP i niestety byłam też przy zjeździe po którym Kwiato zszedł z roweru, opuścił wyścig i jak najszybciej pobiegł no toalety na stacji beznynowej.
No dobra ale nie o tym miało być. Każdy ma wzloty i upadki, najważniejsze jest to jak mocni podniesiemy się ponownie.
Dochodziło też słuchy o zgrzytach pomiędzy kolarzami, a Etixxem, a wiadomo że jak są spiny i niedopowiedzenia wszystko się zaczyna psuć. Kwiato przeszedł do Sky, nie bez przyczyny. Cel jest prosty, bycie lepszym, silniejszym i wygrywać więcej. Sky to niesamowicie dobry wybór, mimo że wiele kibiców sceptycznie podchodzi do tego teamu.
Podsumowując, zobaczymy w tym sezonie jaką gwiazdą w Sky będzie Kwiato.






2.Tarczówki w szosach.

Zdania są podzielone, jedni na nie, drudzy na tak. Osobiście jestem na nie, pomimo jakiś tam plusów w stylu, szybciej hamujesz, większe bezpieczeństwo na mokrej nawierzchni. No właśnie... zastanówmy się na prosty chłopski rozum. V-breaki po zaciśnięciu potrzebują więcej czasu by zatrzymać koło niż hamulce tarczowe. Prosty przykład, jest wyścig, pada, ślisko, o kraksę nie trudno, Ci herosi z tarczówkami mkną na czele peletonu, nagle jeden bum-krach ! Leży. Ci z tarczami jeszcze zdążą wyhamować, bo ich koło wykona mniej obrotów by zwolnić natomiast koła kolarzy z klockami nie zatrzymają się już tak szybko przez co spowoduje powiększenie się kraksy. Dodatkowo nagrzane tarcze plus kraksa plus części ciała nie równa się bezpieczeństwo. Coś mi się wydaje, że przypadek Degenkolba i operacja przyszywania palca nie będzie jedyną w tym roku.
No cóż, chcieli to mają, jeden za wszystkich wszyscy za jednego. Pożyjemy zobaczymy. Gdzieś fajnie wypowiadał się na ten temat Bartek Huzarski, jak znajdę to wkleję.


3. Igrzyska Olimpijskie, czyli więcej emocji !



Mimo, że nie jest to kulminacyjne wydarzenie tego sezonu to i tak powoduje, że ten rok nabiera trochę więcej smaku, kalendarz zyskuje o jedną imprezę więcej ale przez to staje się trudniejszy dla zawodników zamierzających powalczyć o olimpijskie zwycięstwo. Muszą oni zbudować drugi szczyt formy w sezonie albo postarać się jak najbardziej przedłużyć okres najwyższej formy, jaką wcześniej osiągnęli. Górski profil trasy w Rio podnosi atrakcyjność tej imprezy, wielu zawodnikom to odpowiada natomiast ci mniej sprawujący się w górach będą mieli nie mały problem. Zobaczymy rywalizację takich gwiazd jak Contador, Froome, Quintana, Nibali i Majka oraz kilku innych czarnych koni wyścigu lub jeszcze nie odkrytych talentów. Zarówno mocni kolarze klasyczni,a także wycieniowani górale będą więc mieli mniej więcej równe szanse na odniesienie sukcesu. Wspomnijmy też o paniach, które będą chciały zaprezentować się jak z najlepszej strony Kasia Niewiadoma, Tiffany Cromwell, Marianne Vos, Pauline Prevot i mistrzyni świata Lizzie Armitstead, która będzie starała się podkreślić swój tytuł. 


czwartek, 4 lutego 2016

Pączek day !


To jest Kwiato.

Kwiato jadł dzisiaj pączki i nie boi się, że łyda straci swój wytop.

A czy ty jadłeś swoje pączki ?

Bądź jak Kwiato, nie spalaj się i zjedz pączka :)


No ale bez żartów pomimo wszystkiego trening musi zostać odbyty.
Nie bójcie się pączków, po kilku nie umrzecie ale bez przegięć, o wytop trzeba dbać !

Legs of a true cyclist:  The legs of Katusha's Aleksandr Kuschynski.:


No chyba, że ktoś tor ? 


albo...

Vuelta a Burgos 2014 - Day 1: Burgos - Burgos 143km - Carlos Betancur (Ag2r) doesn't really look at his best. He suffered a crash on the latest part of the stage.:

Betancur...?

sobota, 30 stycznia 2016

Rajd wokół Tatr. Wspomnienia.

Tak, tak, wiem, wiem. Mamy środek wiosny zimny, a ja tu wyskakuje z takim tematem. No cóż wcześniej nie było kiedy o tym pisać, a trochę słów zawsze może się komuś przydać.
Ale do sedna.
Wszystko zaczęło się w czerwcu. Moje rowerowe życie dopiero wchodziło w 4 miesiąc, a noga była no taka sobie. Z perspektywy czasu widzę że było super dobrze. Kumpel przesłał mi linka do epickiego XX jubileuszowego rajdu w okół Tatr. Tradycyjne 205km i ok. 2,500m w pionie.
Ta rozmowa z czatu wyglądała mniej więcej tak:
"- Młoda musisz jechać ! Będzie fajnie chodź !
- Chyba cię pogięło, ja mam tyle przejechać ??! Tam będą nie wiadomo jakie sztajfy i wg. nie dam rady.
- No dobra jak chcesz ale pomyśl o tym :) "
Łoooo pamiętam, że taki dystans to było dla mnie wtedy coś. No właśnie wtedy. Ale teraz mamy teraz.
Kontynuując.
Wakacje się zaczęły, codziennie jakiś trening, nowe drogi, podjazdy, zjazdy, zderzenia z pszczołami, typowe ''exploremore'' i inne sytuacje. Coraz bardziej więc zaczęłam myśleć o udziale. No bo czemu nie ? (Typowe) Ja nie dam rady ?!  Przecież to nie wyścig tylko rajd taki na zakończenie wakacji.
Hmmm....
Jadę.
Albo...
Albo chyba jednak nie.
Albo może i tak.
Zobaczę jaką będzie pogoda i zadecyduje.
.......
W między czasie były pewne problemy. Noga kolejny raz w gipsie.  Histerie, że na rower nie wrócę, nie będę biegać i tak dalej. Wyjazd rodzinny i takie tam. No ale co cię nie zabije to cię wzmocni.


29 sierpnia, wieczór
Pogodę sprawdzam co godzinę na pięciu różnych stronach, po każdej części Słowacji i Polski. Będzie full lampa. Rower czysty, a co najważniejsze hamulce działają (nie polecam nikomu tego uczucia kiedy na zjeździe przez przełęcz 50 zakrętów twoje hamulce nagle przestają działać, a z naprzeciwka jedzie kombajn). Wszystko spakowane, żarełko zrobione, ciastka przeciwbombowe też (wrzucę przepis!). No to idziemy spać.
Taaaa.....chciałabym, typowe przed każdym ważniejszym dniem. Wiercisz się w łóżku podniecony jakimś wyścigiem, a rano budzisz się jak zombie.

Somewhere over the rainboooow

30 sierpnia
Dziś pokonałam prawa fizyki i byłam szybsza niż światło słoneczne. To ja obudziłam je, a nie na odwrót. Kumpel pojechał pod dom i wyruszyliśmy w stronę Nowego Targu.
Obawa numer 1. Czy taka mgła i to zimno to tak będzie cały dzień ?!?!
Serio, nic nie było widać, a mi skręcało brzuch w obawie przed jakimś wypadkiem czy coś.
Przyjazd. Nie ma mnie na liście. No ekstra.... Przecież placiłam. Znowu to samo. Hokus pokus czary mary, zdjęcie na rynku i start.
Pierwsze 30km to jazda w mgle i co chwilowe krzyki "stooop, staaać" A bo to ktoś się wywrócił, jeden stanął na te sprawy, tamten dętkę już wymienia.
Pierwsza górka-pierwszy stresik.
Dookoła słychać zrzucane łańcuchy i pierwsze sapanie.
Po około godzinie wjeżdżamy na Słowacką stronę. Maskara. Podjazd pojazdem wiadomo, że jest ciężko ale nawierzchnia asfaltopodobna, dziury i tony żwiru jakie tam były powodują że zaczynam martwić się, że zaraz stanę i będę leżeć. Podjazd jeszcze spoko ale jak masz po takiej dziurolandii zjechać to lepiej ubezpiecz koła.

Polaku drogi szanuj swoje drogi !


Zjazd. Pierwszy bufet a na nim full luksus. Może bananka ? Drożdżóweczkę ? Batonik ? Precla na zagryzkę ? Woda czy izotonik ? Naprawdę Panie z obsługi sprawiały taką atmosferę jak byś był studentem u babci na obiadku.


Hop, hop jedziemy dalej.
Znaczy jadę, sama. Znowu.
Ale widzę na oko, że 2-3 km dalej jedzie jakaś grupka. No muszę ich dogonić bo sama przez 20km do kolejnego podjazdu męczyć się nie będę, a dwa to pewnie się zgubie w tym mieście. No to dolny chwyt, 4 cyfrowa liczba watów i ciśniemy ile się da. Dojechałam do 8 osobowej grupki z czego bo chwili zrobiła się czteroosobowa. No ekstra, co się dzieje panowie ?
Czas na najgorsze przyszedł, czyli podjazd 28 km i jakiś 800m przewyższenia.
Nie wiem ile czasu jechałam ten odcinek ale wiem że za dużo robiłam nie potrzebnych potęgujących cierpienie obliczeń w stylu :
- Do bufetu jest jeszcze 20km
- Jadę 13km/h na godzinę
- Jeszcze grubo ponad godzina jadzy  
- 35 stopni i full lampa
- Został mi tylko niecały bidon picia
- Umrę !!!! Wody !!!!
Nie wiem jakim cudem, ale gdy woda się skończyła, ja zaczęłam kręcić coś szybciej. Chyba jest podobno jakaś bariera po której napędzasz rower głową, a nie nogami. To było wtedy. Nagle trochę się wypłaszczyło, a na drodze ujrzałam napis "bufet".
O panie.... Jestem w niebie. Dosłownie i w przenośni.
Stoisz, pijesz, jesz a do okoła piękne widoki. Żyć nie umierać.
Zjazd był niesamowity !!! Jakieś plus minus 30km w dół.
Uuuuuuuu....
Aaaaaaa....
Aleeeeee fajnieeee.... !!!!
Oooooo....
O kurde szlaban. Korek. Pociąg jedzie !
Parę serpentyn z widokiem na świat i czujesz się jak Kwiato na zgrupowaniu w Livigno.
Ale co dobre się szybko kończy. Kolejny podjazd, trochę krótszy ale stromszy.
Szósta godzina na siodełku, tępo coraz słabsze i na dodatek przede mną jakieś małżeństwo popyka na rowerach.
"- Psze Pani to jakiś wyścig tutaj się dzieje czy co to jest ?
 - Rajd wokół Tatr.
 - Aaaa.... A to ile jedziecie 100 ? 120 km nie więcej ?
 - Więcej, dwieście kilometrów ponad.
 - Łooo to ja bym rody ni doł"

No i tak. Podjeżdżając towarzyszył mi jakiś miły kolega, który sprawiał wrażenie, że zaraz padnie ni nie wstanie szybko. Cieszyłam się również, że to już ostatni podjazd i za raz będzie już tylko w dół.
Jednak jeśli profil trasy prowadzi w dół na mapie to nie znaczy że tak faktycznie jest !
Bufecik numer 3. Pogawedka z obsługą i ogarnianie całej sytuacji. Co chwila ktoś przyjeżdżał, rzucał rower albo rzucał się na jedzenie. Parę osób przysnęło, inni podziwiali góry które były tak blisko, że prawie na wyciągnięcie ręki.


Myślałam, że ostanie kilometry będą szybkie i łatwe. Nie było tak. Co chwila jakieś chopki, a potem chopki. Po wjechaniu do Nowego Targu wydawało mi się, iż nie dojadę ostatnich 10km. Wieje z przodu, wieje z boku i dodatkowo czuję, że zbliża się bombus gigantus. Zdziwiło mnie trochę kiedy podjechał do mnie kolega, który dwie godziny wcześniej stawił się na mecie.
 Jestem kobietą, a to wszystko wyjaśnia.
- Ej wszystko dobrze ? Super sobie poradziłaś. Jeszcze tylko kawałek.
- .... (zabijam wzorkiem i foch na twarzy)
Coś się jeszcze tam podarłam ale to oczywiście pod wpływem emocji :p
Meta. Duma. Dyplom za uczestnictwo to na plus.
Minus- trochę surowy ryż ze sztucznym chińskim sosem.
Ale szczerze mówiąc jeść mi się nie chciało w ogólne. Dopiero bo 3 godzinach złapał mnie głód.
Klimat ekstra ! Dużo ludzi i rowerów. Zero spiny, pogadasz, pośmiejesz się i dowiesz ciekawych rzeczy.
Podsumowując.
Magia ! Trasa ekstra, pomijając cygański wybrakowany asfalt.
Pogoda super. W tamtym roku lało.
Bufety profesjonalnie zaopatrzone.
Towarzystwo świetne.
Trasa taka że każdy kto jeździ więcej niż po bułki da radę. Kilku kolesi było z północy naszego kraju i przejechali.
Było ciężko momentami ale zaj****cie !!!!
Polecam wszystkim, w tym roku będzie ciężej bo trasa idzie od tylu, zwiększa się ilość kilometrów i przewyższeń.
Skorzystam z okazji i pozdrowię Pana, który myślał że się nie męczę i Pana numer 2 który jechał ze mną przez część trasy choć nie musiał.
Pierwszy mój wpis, chaotyczny i nie wiem czy do końca zrozumiały ale dopiero zaczynam :)
Jeśli kogoś interesuje mój czas to 7 godzin 14 minut.

Tutaj podaję link do filmiku klikać i zdjęć :)

piątek, 22 stycznia 2016

Jak żyć ? Co oglądać ? Trenażer

Chyba nikt z nas nie jest na tyle twardy, by kręcić w miejscu i patrzeć się tylko na ścianę lub to co ma się przed sobą. Na szczęście jest coś takiego jak komputer/laptop, a to już połowa sukcesu by zwalczyć monotonie. Posyłam wam parę fajnych filmów i playlist które umilą i dodatkowo zmotywują do kręcenia.

DOSNOVENTA:

Po pierwsze fajny kanał prestiżowej Raphy.

Kanały z youtube'a, czyli filmiki krótsze i dłuższe lista trenażer oraz motivate. Oba fajne, z kilkoma perełkami :)

Coś od Treka i jego zawodnikach - Stories.

Oparty na faktach film Mała królowa. Trochę kontrowersyjny, aczkolwiek prawdziwy, o życiu kanadyjskiej zawodniczki.

Tour de France były pracownik firmy rowerowej i zapalny kolarz postanawia dzień przed zawodowcami przejeżdżać każdy etap Touru.

Oraz coś głębszego nie o rowerze ale o sile umysłu. Też na faktach. Siła spokoju.

Można też nadrabiać zaległości w GCN.


Pamiętaj, że trenera oszukasz, mamę oszukasz ale Eddy'ego siebie samego już nie. 
                                                                          
                                                                  - Trener 

Merckx: