Ze strony organizatora dowiadzieć się można, że za 6 ''ojro'' wpisowego mamy pakiecik, koszulkę, bufet na trasie i mecie, obstawę wyścigu, nagrody za premię, podium i inne sprawy. Brzmi świenie tylko szkoda, że tak nie było. Ale od początku.
Jest 6 rano w niedzielę, a my już siedzimy w aucie obładowanym sprzętem, niczym cygański orszak, wcale nie jesteśmy zmęczeni po Tatra Road Race ale jak się bawić to się bawić. Kierujemy się na Poprad, a stamtąd na Preszów, dziesięciokrotnie gubimy trasę, zawracamy się, a dla większego przypału łapie nas policja. Mandacik 150E, smutnymi oczkami mówimy że nie mamy pieniędzy, no dobra no to dajcie tylko dyszkę i was puszczam. Szok ! Nie wiem, nie pytam, nie rozumiem, to jest Słowacja, tu wszystko jest inne i dziwne. Na miejsce dojeżdżamy grubo opóźnieni, za 30 minut start, a jeśli nas oczy nie mylą to kolejna po pakiet ma z 30 metrów.... he he he....
Na start dojeżdżamy ostatni, jak prawdziwe kulturalne gwiazdy wciskamy się gdzieś w przód zawodników. Już na drugim kilometrze, jadę tylko na jednym bidonie, w drugim wybuchła mi pokrywka i elegancko cały izotonik spływa mi po czyściutkiej ramie. Im dalej tym gorzej, auto zabezpieczające wyścig myli trasę i wjeżdża na jakąś remotówkę, co powoduje że kilka jak nie dziesiąt osób wpada w porozkładane znaczniki i koparkę w tym prawie ja. Super, każdemu się zdarza pomylić trasę. Pierwsze 30 kilometrów jest płasko, jedziemy jak szybcy i wściekli, ale moja sielanka nie trwa długo, strzelam z głównego peletonu i spływam do kolejnego. Tępo szybkie ale nie takie w trupa, każdy każdemu pomaga, ale zawsze musi znaleźć się jakoś oszołom, co będzie naciągał całą grupę żeby potem strzelić na pierwszej lepszej hopce...
Po godzinie jazdy zaczynają się pierwsze górki, wszyscy zaczęli naparzać do przodu jak by jechali po premię lub roczny zapas piwa, ja natomiast kulturalnie spłynęłam na tył i kręciłam swoim tempem. Tym sposobem, po jakimś czasie łapie większość bohaterów z mojej grupki gdy ich łapie bomba. Takie życie, taki los.
Nawierzchnia trasy to nie jest szczyt marzeń dla nikogo i niczego, jeżeli ktokolwiek podjeżdżał pod Lanckoronę to tamtejsze drogi do luksus w porównaniu do tego po czym jechaliśmy. Moje koła płakały, mój tyłek płakał i czuł się jak na antycellulitowej platformie wibracyjnej dla leniwych dbających o ''formę'' pań. Dziura na dziurze, tysiące razy łatany asfalt, boczny silny wiatr i perspektywa podjazdu, to nie brzmi fajnie, a w praktyce jest sto razy gorzej.
![]() |
| Wtedy jeszcze było fajnie |
Nie dziwi mnie także fakt, że bufetu który miał być na 60km nie było, może ktoś ukradł...
Skończyły się górki, znowu tworzy się peleton i tak jedziemy do mety, jednak opcja premium siedzenia na kole nie była zarezerwowana dla mnie tego dnia. 20 kilometrów przed końcem, łapię flaka, a po zmianie dętki łapię kolejnego flaka. Na tej drodze można się było tego spodziewać. No cóż, czekam pośrodku pustego pola na wybawienie, żaden kolarz nie jest na tyle miły by zwolnić i pomóc, dopiero auto jakieś ekipy zbiera mnie z trasy.
Na miejscu dowiaduje się, że jestem nieoficjalnie druga w kobietach, ale rzeczywistość jest brutalniejsza bo obok mojego nazwiska widnieją trzy literki które nie cieszą nikogo DNF.
![]() |
| PRO ekipa |
Wracamy nielegalnie autostradę jak się potem dowiadujemy i z różnymi odczuciami do tego dnia, a szczęście się nas trzyma jak powietrze w moich kołach.
Porównując organizację do Jarnej to cienko... cieniutko.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz