sobota, 30 stycznia 2016

Rajd wokół Tatr. Wspomnienia.

Tak, tak, wiem, wiem. Mamy środek wiosny zimny, a ja tu wyskakuje z takim tematem. No cóż wcześniej nie było kiedy o tym pisać, a trochę słów zawsze może się komuś przydać.
Ale do sedna.
Wszystko zaczęło się w czerwcu. Moje rowerowe życie dopiero wchodziło w 4 miesiąc, a noga była no taka sobie. Z perspektywy czasu widzę że było super dobrze. Kumpel przesłał mi linka do epickiego XX jubileuszowego rajdu w okół Tatr. Tradycyjne 205km i ok. 2,500m w pionie.
Ta rozmowa z czatu wyglądała mniej więcej tak:
"- Młoda musisz jechać ! Będzie fajnie chodź !
- Chyba cię pogięło, ja mam tyle przejechać ??! Tam będą nie wiadomo jakie sztajfy i wg. nie dam rady.
- No dobra jak chcesz ale pomyśl o tym :) "
Łoooo pamiętam, że taki dystans to było dla mnie wtedy coś. No właśnie wtedy. Ale teraz mamy teraz.
Kontynuując.
Wakacje się zaczęły, codziennie jakiś trening, nowe drogi, podjazdy, zjazdy, zderzenia z pszczołami, typowe ''exploremore'' i inne sytuacje. Coraz bardziej więc zaczęłam myśleć o udziale. No bo czemu nie ? (Typowe) Ja nie dam rady ?!  Przecież to nie wyścig tylko rajd taki na zakończenie wakacji.
Hmmm....
Jadę.
Albo...
Albo chyba jednak nie.
Albo może i tak.
Zobaczę jaką będzie pogoda i zadecyduje.
.......
W między czasie były pewne problemy. Noga kolejny raz w gipsie.  Histerie, że na rower nie wrócę, nie będę biegać i tak dalej. Wyjazd rodzinny i takie tam. No ale co cię nie zabije to cię wzmocni.


29 sierpnia, wieczór
Pogodę sprawdzam co godzinę na pięciu różnych stronach, po każdej części Słowacji i Polski. Będzie full lampa. Rower czysty, a co najważniejsze hamulce działają (nie polecam nikomu tego uczucia kiedy na zjeździe przez przełęcz 50 zakrętów twoje hamulce nagle przestają działać, a z naprzeciwka jedzie kombajn). Wszystko spakowane, żarełko zrobione, ciastka przeciwbombowe też (wrzucę przepis!). No to idziemy spać.
Taaaa.....chciałabym, typowe przed każdym ważniejszym dniem. Wiercisz się w łóżku podniecony jakimś wyścigiem, a rano budzisz się jak zombie.

Somewhere over the rainboooow

30 sierpnia
Dziś pokonałam prawa fizyki i byłam szybsza niż światło słoneczne. To ja obudziłam je, a nie na odwrót. Kumpel pojechał pod dom i wyruszyliśmy w stronę Nowego Targu.
Obawa numer 1. Czy taka mgła i to zimno to tak będzie cały dzień ?!?!
Serio, nic nie było widać, a mi skręcało brzuch w obawie przed jakimś wypadkiem czy coś.
Przyjazd. Nie ma mnie na liście. No ekstra.... Przecież placiłam. Znowu to samo. Hokus pokus czary mary, zdjęcie na rynku i start.
Pierwsze 30km to jazda w mgle i co chwilowe krzyki "stooop, staaać" A bo to ktoś się wywrócił, jeden stanął na te sprawy, tamten dętkę już wymienia.
Pierwsza górka-pierwszy stresik.
Dookoła słychać zrzucane łańcuchy i pierwsze sapanie.
Po około godzinie wjeżdżamy na Słowacką stronę. Maskara. Podjazd pojazdem wiadomo, że jest ciężko ale nawierzchnia asfaltopodobna, dziury i tony żwiru jakie tam były powodują że zaczynam martwić się, że zaraz stanę i będę leżeć. Podjazd jeszcze spoko ale jak masz po takiej dziurolandii zjechać to lepiej ubezpiecz koła.

Polaku drogi szanuj swoje drogi !


Zjazd. Pierwszy bufet a na nim full luksus. Może bananka ? Drożdżóweczkę ? Batonik ? Precla na zagryzkę ? Woda czy izotonik ? Naprawdę Panie z obsługi sprawiały taką atmosferę jak byś był studentem u babci na obiadku.


Hop, hop jedziemy dalej.
Znaczy jadę, sama. Znowu.
Ale widzę na oko, że 2-3 km dalej jedzie jakaś grupka. No muszę ich dogonić bo sama przez 20km do kolejnego podjazdu męczyć się nie będę, a dwa to pewnie się zgubie w tym mieście. No to dolny chwyt, 4 cyfrowa liczba watów i ciśniemy ile się da. Dojechałam do 8 osobowej grupki z czego bo chwili zrobiła się czteroosobowa. No ekstra, co się dzieje panowie ?
Czas na najgorsze przyszedł, czyli podjazd 28 km i jakiś 800m przewyższenia.
Nie wiem ile czasu jechałam ten odcinek ale wiem że za dużo robiłam nie potrzebnych potęgujących cierpienie obliczeń w stylu :
- Do bufetu jest jeszcze 20km
- Jadę 13km/h na godzinę
- Jeszcze grubo ponad godzina jadzy  
- 35 stopni i full lampa
- Został mi tylko niecały bidon picia
- Umrę !!!! Wody !!!!
Nie wiem jakim cudem, ale gdy woda się skończyła, ja zaczęłam kręcić coś szybciej. Chyba jest podobno jakaś bariera po której napędzasz rower głową, a nie nogami. To było wtedy. Nagle trochę się wypłaszczyło, a na drodze ujrzałam napis "bufet".
O panie.... Jestem w niebie. Dosłownie i w przenośni.
Stoisz, pijesz, jesz a do okoła piękne widoki. Żyć nie umierać.
Zjazd był niesamowity !!! Jakieś plus minus 30km w dół.
Uuuuuuuu....
Aaaaaaa....
Aleeeeee fajnieeee.... !!!!
Oooooo....
O kurde szlaban. Korek. Pociąg jedzie !
Parę serpentyn z widokiem na świat i czujesz się jak Kwiato na zgrupowaniu w Livigno.
Ale co dobre się szybko kończy. Kolejny podjazd, trochę krótszy ale stromszy.
Szósta godzina na siodełku, tępo coraz słabsze i na dodatek przede mną jakieś małżeństwo popyka na rowerach.
"- Psze Pani to jakiś wyścig tutaj się dzieje czy co to jest ?
 - Rajd wokół Tatr.
 - Aaaa.... A to ile jedziecie 100 ? 120 km nie więcej ?
 - Więcej, dwieście kilometrów ponad.
 - Łooo to ja bym rody ni doł"

No i tak. Podjeżdżając towarzyszył mi jakiś miły kolega, który sprawiał wrażenie, że zaraz padnie ni nie wstanie szybko. Cieszyłam się również, że to już ostatni podjazd i za raz będzie już tylko w dół.
Jednak jeśli profil trasy prowadzi w dół na mapie to nie znaczy że tak faktycznie jest !
Bufecik numer 3. Pogawedka z obsługą i ogarnianie całej sytuacji. Co chwila ktoś przyjeżdżał, rzucał rower albo rzucał się na jedzenie. Parę osób przysnęło, inni podziwiali góry które były tak blisko, że prawie na wyciągnięcie ręki.


Myślałam, że ostanie kilometry będą szybkie i łatwe. Nie było tak. Co chwila jakieś chopki, a potem chopki. Po wjechaniu do Nowego Targu wydawało mi się, iż nie dojadę ostatnich 10km. Wieje z przodu, wieje z boku i dodatkowo czuję, że zbliża się bombus gigantus. Zdziwiło mnie trochę kiedy podjechał do mnie kolega, który dwie godziny wcześniej stawił się na mecie.
 Jestem kobietą, a to wszystko wyjaśnia.
- Ej wszystko dobrze ? Super sobie poradziłaś. Jeszcze tylko kawałek.
- .... (zabijam wzorkiem i foch na twarzy)
Coś się jeszcze tam podarłam ale to oczywiście pod wpływem emocji :p
Meta. Duma. Dyplom za uczestnictwo to na plus.
Minus- trochę surowy ryż ze sztucznym chińskim sosem.
Ale szczerze mówiąc jeść mi się nie chciało w ogólne. Dopiero bo 3 godzinach złapał mnie głód.
Klimat ekstra ! Dużo ludzi i rowerów. Zero spiny, pogadasz, pośmiejesz się i dowiesz ciekawych rzeczy.
Podsumowując.
Magia ! Trasa ekstra, pomijając cygański wybrakowany asfalt.
Pogoda super. W tamtym roku lało.
Bufety profesjonalnie zaopatrzone.
Towarzystwo świetne.
Trasa taka że każdy kto jeździ więcej niż po bułki da radę. Kilku kolesi było z północy naszego kraju i przejechali.
Było ciężko momentami ale zaj****cie !!!!
Polecam wszystkim, w tym roku będzie ciężej bo trasa idzie od tylu, zwiększa się ilość kilometrów i przewyższeń.
Skorzystam z okazji i pozdrowię Pana, który myślał że się nie męczę i Pana numer 2 który jechał ze mną przez część trasy choć nie musiał.
Pierwszy mój wpis, chaotyczny i nie wiem czy do końca zrozumiały ale dopiero zaczynam :)
Jeśli kogoś interesuje mój czas to 7 godzin 14 minut.

Tutaj podaję link do filmiku klikać i zdjęć :)

piątek, 22 stycznia 2016

Jak żyć ? Co oglądać ? Trenażer

Chyba nikt z nas nie jest na tyle twardy, by kręcić w miejscu i patrzeć się tylko na ścianę lub to co ma się przed sobą. Na szczęście jest coś takiego jak komputer/laptop, a to już połowa sukcesu by zwalczyć monotonie. Posyłam wam parę fajnych filmów i playlist które umilą i dodatkowo zmotywują do kręcenia.

DOSNOVENTA:

Po pierwsze fajny kanał prestiżowej Raphy.

Kanały z youtube'a, czyli filmiki krótsze i dłuższe lista trenażer oraz motivate. Oba fajne, z kilkoma perełkami :)

Coś od Treka i jego zawodnikach - Stories.

Oparty na faktach film Mała królowa. Trochę kontrowersyjny, aczkolwiek prawdziwy, o życiu kanadyjskiej zawodniczki.

Tour de France były pracownik firmy rowerowej i zapalny kolarz postanawia dzień przed zawodowcami przejeżdżać każdy etap Touru.

Oraz coś głębszego nie o rowerze ale o sile umysłu. Też na faktach. Siła spokoju.

Można też nadrabiać zaległości w GCN.


Pamiętaj, że trenera oszukasz, mamę oszukasz ale Eddy'ego siebie samego już nie. 
                                                                          
                                                                  - Trener 

Merckx:





niedziela, 3 stycznia 2016

Temat na czasie czyli trenażer cz.1




No cóż, wiadomo że Polska zima jest piękna ale nie aż tak jak na Teneryfie, Majorce czy tam innych wyspach południowych. Zimy radośnie i bez bólu na rowerze nie spędzisz. Po to właśnie ktoś wymyślił trenażer dla jednych zbawienie dla drugich koszmar.
Jednak wszystko zależy od podejścia i czaaaaasu.

No chyba, że jesteś szczęściarzem i jedziesz na ferie/święta/wolne do fajnego wójaszka mieszkającego na południu Włoch  lub popykasz po szosach z Szymonbikeiem.

Wiadomo, że godzinka kręcenia na zewnątrz mija szyzbko i przyjemnie, a jeżeli wstawisz rower na stojak to ciągnie się i ciągnie, a Ty co chwilę spoglądasz na licznik z nadzieją że minęło już dużo czasu, a to dopiero siódma minuta. Nie jest tak ?

No ale na prawdę wszystko zależy od nastawienia i PLANU *

Po 1. Przygotowanie, bez tego się  nie obejdzie. U mnie się sprawdza, u was też powinno.

  • Bidon z wodą - podstawa każdego treningu, nie ma się co tutaj rozpisywać. Ja wolę wodę, bo zdarzy Ci się na pewno że będziesz topił się na siodełku z myślą o zimnym prysznicu, a wtedy  nieświadomie nawet polejesz się wodą z biodnu, a chyba nie chcesz się lepić jak słodki cukiereczek od carbo słodkiego izotoniku ? 
  • Ręcznik !!!! Podczas jazdy pocisz się jak świnia, kto próbował ten wie, kto nie próbował to się dowie. Proste. Pot leci wszędzie, a twoje dłonie po samej już rozgrzewce ślizgają się po tej drogiej i pięknej owijce, która tak bardzo pasuje Ci do koloru skarpetek.
  • Mata pod trenażer - zapobiega posuwaniu się Ciebie z całym sprzętem do przodu podczas jazdy,wycisza trochę ten hałas oraz chroni podłogę czy tam kafelki, zależy gdzie jeździsz od potu.
  • Wiatraczek - przyda się aczkolwiek nie jest koniecznością. Jeśli chcesz czuć się jak Heros, z wiatrem we włosach i podmuchem na klacie to sobie postaw. A tak serio lepiej z wiatrakiem, bo mniej się idzie ugotować.
  • Laptop/telewizor - też podstawowa rzecz. Puszczasz jakiś fajny film, zdjęcia na slajdach lub nadrabiasz filmiki chłopaków z GCN. Fajna sprawa nie ? Robisz trening i sprawiasz sobie trochę przyjemności takie 2 w 1. Ewentualnie włączasz płaski odcinek z Touru i jedziesz ucieczkę z zarzyganą twarzą w piątej strefie.
Indoor Cycling Trainer Basics, Tips, and Workouts | Bicycling Magazine:
Bicycling magazine
Teraz czas na to gorsze, czyli PLAN.

Oczywiście możesz wsiąść i kręcić godzine, dwie czy pięć w kółko ale lepiej jest urozmaicić sobie ten trening. Jak ?

  • Na youtubie jest pełno filmików z propozycjami, wystarczy tylko wpisać Indoor cycling i sprawa załatwiona
  • Robisz jak ja to mówię piramidę cierpienia, patrz punkt 3.
  • Ciśniesz sprinty. 6x15sek./10x10sek. czy jakie tam wartości sobie przyjmiesz. Zaciśnij tylko mocno zacisk żeby nie spotkało Cię czyszczenie podłogi.
  • Stymulujesz podjazdy, manetkę ustawiasz na największym obciążeniu, przełożenia też i jedziesz, a do oczu napływa Ci pot.
  • Pracujesz nad kadencją. Dobry też jest na to sprint z miękkiego przełożenia.
  • Pracujesz nad techniką pedałowania, poprzez wypięcie nogi i pedałowanie tylko jedną. Wtedy to niej już takie łatwe. Ja robię 3minuty na lewą i prawą co powtarzam 2-3 razy.
Trenażer może być przyjemny, jedyne czego Ci NIE trzeba to skupiać się na czasie i myśleć ile jeszcze ? Jak już zaczniesz to potem jakoś leci, najgorsze jest pierwsze 40 minut :)  

Good trainer workout when short on time:


*Wielkie litery wyglądają straszniej co nie ?

piątek, 1 stycznia 2016

Zdjęcie dnia

Freinds will be freinds #1 

Michał Kwiatkowski & Mark Cavendish:

Witam w 2016 !

Standardowo i klasycznie czyli 

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU 2016 !

albo lepiej

UDANEGO SEZONU, WYTOPIONEJ ŁYDY, TYSIĘCY KILOMETRÓW I ŻELAZNEJ PSYCHIKI

Bierzcie przykład z chłopaków

Omega Pharma Quickstep at Tirreno Adriatico 2014:

Szampana i radości nigdy nie za wiele :)